Inne publikacje

Zjednoczenie Niemiec – 30 lat później

Dodatek historyczny do Tygodnika Powszechnego

30 lat po zjednoczeniu Niemiec autorzy dodatku analizują ówczesne wydarzenia w kontekście sytuacji wewnętrznej i klimatu międzynarodowego. Autorzy niemieccy dzielą się refleksją o zderzeniu nadziei z rzeczywistością trudnych przemian oraz potrzebie upamiętniania poprzez pomniki ważnych dla narodów zdarzeń dla współczesnych i przyszłych pokoleń. Poniżej przytaczamy teksty artykułów niemieckich autorów: Erkharda Neuberta i Floriana Mausbacha

Wszystko mogło wyglądać inaczej

 

EHRHART NEUBERT

 

Nie byłoby zjednoczenia, gdyby wcześniej obywatele NRD nie wyszli na ulice – wschodnioniemiecki opozycjonista i teolog wspomina tamte dni i emocje.

 

W okresie komunizmu czas stał w miejscu. Od czasu do czasu imperium trzeszczało, ale trwało. Aż w końcu runęło. Po wielu latach w opozycji daliśmy radę: jesienią 1989 r. także w NRD ludzie wyszli na ulice, zakładaliśmy nowe partie, sparaliżowaliśmy polityczną tajną policję, wymusiliśmy okrągły stół. No i 9 listopada 1989 r. runął mur berliński. Wcześniej to wszystko zdawało się niewyobrażalne.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej, we wrześniu, tajniacy towarzyszyli nam krok w krok, gdy wychodziliśmy z domu. Teraz czas nam uciekał, a my staraliśmy się za nim nadążyć. Każdego dnia trzeba było podejmować nowe decyzje, które często już po kilku godzinach okazywały się przestarzałe. Mieliśmy poczucie, jakbyśmy wpadli w wir na morzu. Nasze mieszkanie zamieniło się w biuro organizacyjne pełne chaosu. Musieliśmy szukać naszych dzieci gdzieś w tłumie gości, niemieckich i zagranicznych.

9 listopada zapomnieliśmy, że jedno z dzieci ma urodziny. Wieczorem tego dnia odwiedziła nas grupa francuskich komunistów należących do jednej z wielu politycznych sekt. Chcieli nas przekonać, abyśmy budowali teraz prawdziwy socjalizm. Gdy dotarła zaskakująca wieść o otworzeniu granicy, wycofali się rozczarowani. Wraz z murem berlińskim ulatniały się nie tylko lęki, ale też utopie.

Mimo nerwów, które towarzyszyły nam w tamtych tygodniach, mieliśmy poczucie głębokiej satysfakcji. Mur – konstrukcja absurdalna i destrukcyjna – upadł, gdyż w gruncie rzeczy nie miał już kto go bronić, gdy zniewolone do niedawna społeczeństwo tworzyło nową rzeczywistość. A my w tym uczestniczyliśmy. Świadkowie i aktorzy epokowej zmiany.

Musiała wówczas minąć chwila, zanim pojęliśmy, co się stało. We wszystkich tych latach przed rokiem 1989, wypełnionych żmudną opozycyjną robotą, gdy często towarzyszyło nam poczucie bezsilności, mieliśmy nadzieję na powolną demokratyzację NRD. Strategicznie nie pozostawało nam nic innego, jak tylko – obok organizowania czasem protestów – długa droga do odbudowy społeczeństwa obywatelskiego. Aby moc działać publicznie, wykorzystywaliśmy przestrzeń, którą stwarzał Kościół ewangelicki, organizowaliśmy sieci kontaktów i pracowaliśmy nad rozwojem samizdatu. Zazdrośnie spoglądaliśmy na Polskę, gdzie na początku lat 80. udało się zmobilizować miliony ludzi. U nas stało się to dopiero w 1989 r.

Wraz z upadkiem wewnętrzna jedność opozycji w NRD zaczęła pękać. Wielu moich przyjaciół sądziło, że nam, Niemcom, nie wolno odbudować narodowej jedności. Nocą z 9 na 10 listopada odwiedził mnie jeden z liderów pewnego środowiska opozycyjnego i próbował przekonać do tego, aby wydać apel o ponowne zamknięcie granicy. Zdecydowanie odmówiłem. Ale rozumiałem jego motywy.

Podział kraju był produktem stalinizmu; produktem, który ranił ludzi i cały naród. Nie inaczej było ze mną: także moja rodzina żyła w obu częściach podzielonych Niemiec. Niektórzy przedostali się na zachód, podejmując ryzykowną ucieczkę. Ale my, Niemcy, byliśmy też świadomi potworności, które poprzedziły podział naszego kraju.

Wszędzie w Europie Środkowo-Wschodniej upadek komunizmu skutkował impulsem, by uleczyć rany zadane narodom. Na pierwszym miejscu stawiano narodową suwerenność i demokratyzację systemu politycznego. Ale dla nas, Niemców, nie było to takie proste. Wielu ludzi Kościoła i intelektualistów wskazywało na ambiwalencje związane z datą 9 listopada w naszej historii. 9 listopada 1938 r. w Niemczech wydarzył się wielki pogrom wymierzony w ludność żydowską, który zresztą tamtego 9 listopada 1989 r., w godzinach popołudniowych, upamiętniły uroczystości organizowane w kościołach w Berlinie i innych miastach. Wtedy, w 1938 r., był to wstęp do lawiny zbrodni, jakie szczególnie mocno dotknęły także Polaków. Dlatego nie ma w tym nic dziwnego, że polska polityka i polskie społeczeństwo początkowo krytycznie obserwowały proces jednoczenia Niemiec. Elementem poradzenia sobie z tamtą historią była więc również potrzeba uleczenia zadanych ran.

W aspekcie politycznym i prawnym znaleziono rozwiązania. Jednak aby głęboko w społecznej świadomości dokonało się uleczenie, potrzeba intensywnej i wspólnej rozmowy, która nie wypiera napięć. Pomoc może tu zorientowanie na trwałe wartości, z których wielu opozycjonistów w NRD, Polsce i innych krajach czerpało duchowy potencjał. To treść konwencji praw człowieka w europejskiej tradycji, a także dziedzictwo kultury wysokiej wraz z religią jako najbardziej pierwotną siłą człowieka. Przyznaję, że w tamtych latach ja również czerpałem z tych źródeł. I gdy rozmawiałem z niektórymi spośród moich polskich przyjaciół, mówili to samo o sobie.

Jednak w ostatnich latach uświadomiłem sobie coś jeszcze. Skutki roku 1989 nie są statyczne ani nienaruszalne. Tak jak szczęśliwe konsekwencje nie były wówczas przewidywalne ani zdeterminowane, tak też dynamiczny proces odkrywania samego siebie nie jest w żadnym razie zamknięty. Wszystko mogło potoczyć się inaczej i faktycznie w niektórych kiedyś komunistycznych krajach inaczej się potoczyło. Ściśle rzecz biorąc, również i dziś może potoczyć się rożnie. Ponownie widać niebezpieczne tendencje polityczne, nie wszędzie państwo prawa jest stabilne. Nowa Europa wydaje się niezwykle krucha.

30 lat po zjednoczeniu Niemiec stare - nowe idee, którymi żyliśmy w roku 1989, a które były w stanie przekraczać zewnętrzne i wewnętrzne granice, pozostają aktualne. W ich duchu powinniśmy pracować i się modlić.

 

©Przełożył Wojciech Pięciak

 

EHRHART NEUBERT (ur. 1940) jest teologiem ewangelickim. Pastor i duszpasterz młodzieży, od 1979 r. angażował się w grupach opozycyjnych w NRD, w związku z czym był celem inwigilacji bezpieki (Stasi). Jesienią 1989 r. współzałożyciel Demokratycznego Przełomu, jednej z nowych partii. Uczestnik obrad okrągłego stołu. W latach 1992-95 członek partii Związek 90/Zieloni, od 1996 r. w CDU. Zaangażowany w liczne inicjatywy mające na celu przezwyciężenie skutków NRD-owskiej przeszłości. Autor książek o opozycji w NRD. W „TP” opublikował kilka tekstów o rewolucji 1989 r. we wschodnich Niemczech.

 Eine Stadt ohne Denkmäler

 

FLORIAN MAUSBACH

 

„Ursula, wir fahren in die falsche Richtung!“ Das Fernsehen zeigt dramatische Szenen der Maueröffnung. Meine Frau und ich werfen die Tickets für den Nachtzug nach Paris fort, setzen uns ins Auto und fahren von Frankfurt am Main nach Berlin. Im Strom glücklich strahlender Menschen durchqueren wir die Berliner Mauer, von West nach Ost, von Ost nach West. Eine friedliche Revolution hat im Herbst 1989 die Gewaltherrschaft ins Wanken gebracht. Ein Jahr später ist Deutschland wieder eins. Polens heldenhafte Solidarność hat den Weg geebnet.

 

Es wird noch dreißig Jahre dauern, bis im Jahr 2020 in Berlin mit der Errichtung eines Freiheits- und Einheitsdenkmals zur Erinnerung an die ostdeutschen Revolutionäre begonnen wird. Als Inschrift wird es die patriotische Losung der mutigen Frauen und Männer von 1989 tragen: „Wir sind das Volk – Wir sind ein Volk“. Über das Denkmal wurde zwanzig Jahre lang gestritten. Der Bundestag musste zweimal darüber abstimmen. Warum tun sich die Deutschen mit Denkmälern so schwer? Weil sie noch immer mit sich und ihrer Geschichte hadern?

 

1995 ist es als Präsident der Bundesbaubehörde meine Hauptaufgabe, die neue alte Hauptstadt wiederaufzubauen. Es gilt zügig die baulichen Voraussetzungen zu schaffen für den Umzug von Parlament und Regierung aus Bonn nach Berlin. Eine große und einmalige städtebauliche, architektonische und baulogistische Aufgabe, darüber hinaus: ein Spiegel der Auseinandersetzung um ein neues Selbstverständnis der Deutschen in ihrem wiedervereinigten Land.

 

Schon dass Berlin Bundeshauptstadt wird, ist keineswegs selbstverständlich. Der Umzug aus dem unschuldigen Bonn in die Stadt mit Vergangenheit – Hauptstadt zweier Diktaturen – wird 1991 nur mit äußerst knapper Mehrheit im Bundestag beschlossen, nicht zuletzt dank leidenschaftlicher Fürsprache von Wolfgang Schäuble und Willy Brandt.

 

Die Bonner Republik hatte nach dem Krieg ein schweres und belastendes Erbe angetreten, Grund für die provisorische Hauptstadt am Rhein sich in Zurückhaltung zu üben, in Bescheidenheit der Selbstdarstellung, in Untertreibung staatlicher Repräsentation. Nach Völkermord und Kriegsverbrechen, nach Größenwahn, Monumentalismus und propagandistischer Staats- und Partei-Inszenierung dient diese Haltung der inneren Selbstfindung Deutschlands als Demokratie und Rechtsstaat, der äußeren Wiedergewinnung staatlicher und moralischer Anerkennung. Das Fernsehbild der Bundesrepublik in den Abendnachrichten ist Henry Moores abstrakte Skulptur „Large two forms“ vor dem unscheinbaren Bürohaus des Kanzleramtes.

 

Die neue staatliche Souveränität und Bedeutung in der Mitte Europas stellt die Berliner Republik nicht nur vor größere Verantwortung. Die Republik muss ihre Form finden. Wie soll sich Berlin als Bundeshauptstadt in seinen Parlaments- und Regierungsbauten präsentieren? Sollen alle Bauten des „Dritten Reiches“ – im grau antikisierenden Travertin monumental und einschüchternd – abgerissen werden? Über die „historisch kontaminierten Bauten“ werden lange Diskussionen geführt. Schließlich fällt die Entscheidung. Unter Denkmalschutz gestellt als Zeugnisse einer unleugbaren Geschichte sollen sie durch Architektur und Kunst in Bauten der Demokratie verwandelt werden. Die steinerne Reichsbank, zuvor Sitz des SED-Zentralkomitees der DDR, erhält als Auswärtiges Amt ein neues Innenleben und einen modernen offenen Erweiterungsbau. Goebbels‘ Propagandaministerium dient mit einer neuen gläsernen Halle als Arbeits- und Sozialministerium, Görings Luftfahrtministerium wird zum Bundesfinanzministerium.

 

Der Reichstag hat seit 1999 eine neue gläserne und begehbare Kuppel – heute populäres Wahrzeichen der Berliner Republik. Doch für das Symbol der Souveränität des vom Volk gewählten Parlaments hat es einer Kampfabstimmung im Ältestenrat des Bundestages bedurft. So stark war noch der Widerstand gegen staatliche Bausymbolik.

 

Eine Stadt ohne Denkmäler ist wie eine Wohnung ohne Bilder. Menschen gestalten ihre Wohnungen als ihre eigene Welt mit Kunstwerken, Andenken, Gemälden und Fotos Lebender und Verstorbener. Und seit alters her schmücken die Menschen ihre öffentlichen Plätze und Parks mit Skulpturen, Brunnen, Kunstwerken und Denkmälern. Indem sie bedeutende politische, militärische, kulturelle und religiöse Gestalten oder historische Ereignisse ehren, versichern sie sich ihrer gemeinschaftlichen Werte und ihrer Identität. Auch der nationalen Identität.

 

Für viele deutsche Intellektuelle ist die Lehre aus dem Nationalsozialismus die Überwindung alles Nationalen. Pathos ist verdächtig. Patriotismus gilt ihnen als peinliche Gefühlsäußerung. Sie löst schlechte Erinnerungen aus. Ersatzweise empfiehlt eine akademische Formel „Verfassungspatriotismus“: Statt Land und Leute sei die Verfassung zu lieben, so als liebte man statt seiner Frau die Ehe.

 

Als die Bürger der DDR 1989 mit dem Ruf nach Freiheit und Einheit schwarzrotgoldene Fahnen schwenken, trifft dies im Westen noch auf Erstaunen und Befremden.  Erst 2006, als die Fußballweltmeisterschaft ganz Deutschland begeistert, sieht man zum ersten Mal im Osten und im Westen unbeschwert feiernde Menschen mit ihrer Nationalflagge auf öffentlichen Straßen und Plätzen. Heinrich Heines „Wintermärchen“ („Denk ich an Deutschland in der Nacht, dann bin ich um den Schlaf gebracht.“) wird zum „Sommermärchen“ des großen Fußballfestes der von sich selbst und ihrem heiteren und friedlichen Patriotismus überraschten Deutschen. Dieses freundliche Gesicht einer „Willkommenskultur“ wollen die Deutschen 2015 auch in der Flüchtlingskrise zeigen, nicht nur sich, sondern der ganzen Welt.

 

Nun erst wird es möglich, wenn auch gegen Widerstände, in Berlin ein patriotisches Freiheits- und Einheitsdenkmal zu errichten, das Denkmal einer Revolution, die ganz Europa und die Welt veränderte.

 

2017 ergeht ein Aufruf vieler namhafter Persönlichkeiten für ein Denkmal in der Mitte Berlins, das der Opfer der deutschen Besatzung Polens 1939-1945 gedenken soll. Eine Entscheidung des Deutschen Bundestages steht noch aus. In der deutschen Hauptstadt, in der bisher nur an im Nationalsozialismus verfolgte Minderheiten erinnert wird, wäre es das erste deutsche Denkmal für einen von Deutschland im Zweiten Weltkrieg besetzten Staat. Das ruft Warner auf den Plan. Sie beschwören, als sei es ein Rückfall in den Nationalismus, die Gefahr einer „Nationalisierung“ des Gedenkens. Der Opfer deutscher Besatzung solle nur grenzüberschreitend, nur für ganz Europa insgesamt gedacht werden. Aber wurde Polen nicht als Nation überfallen, sollte Polen nicht als Nation und Staat vernichtet werden? Wie anders können wir als Deutsche den Polen gegenüber und ihren unzähligen Opfern uns zu Schuld und Versöhnung bekennen. Die Nationen in ihrer Vielfalt und Eigenart zu achten und zu schätzen, sie auch in ihrem besonderen Leid zu würdigen, ist das nicht wahrhaft europäisch?

 

 

Florian Mausbach war von 1995 bis 2009 Präsident des Bundesamtes für Bauwesen und Raumordnung. Er ist Initiator des Berliner Freiheits- und Einheitsdenkmals sowie des Aufrufs zur Errichtung eines Denkmals in Berlin für die Opfer der deutschen Besatzung Polens 1939–1945.

 

 

podziel się

nasz zespół

Hanna Dmochowska

Hanna Dmochowska bild

public relations, kontakty z mediami, organizacja

Hanna.Dmochowska@kas.de +48 22 845-9335 +48 22 848-5437